12 listopada 2017

TE MOMENTY podczas nauki języka szwedzkiego

Kiedy nauka języka jest dla nas nie tylko obowiązkiem, ale przyjemnością czy nawet przygodą, pewnie macie w pamięci wiele wspomnień z nią związanych. Pierwsze zabawne pomyłki, pierwsze książki przeczytane w danym języku, łamiący się głos, kiedy po raz pierwszy mieliście okazję porozmawiać z native speakerem. Czy pierwszy raz, kiedy język pojawił się ni stąd, ni zowąd w snach. Ostatnio przeczytałam wpis Marii z bloga o językach obcych Powiedz mnie o TYCH MOMENTACH podczas nauki języka i aż podskoczyłam z zachwytu. W tylu punktach widziałam siebie! Pomyślałam, że spróbuję odtworzyć swoją listę TYCH MOMENTÓW podczas nauki szwedzkiego. Może ktoś z Was w nich się odnajdzie?


1. Kiedy chcesz zarazić wszystkich swoją fascynacją językiem szwedzkim

To jeden z TYCH MOMENTÓW na początku nauki - kiedy wszystko jeszcze wydaje się takie nowe, inne, ciekawe i fascynujące. Kiedy nagle okazuje się, że po szwedzku nazwisko Läckberg brzmi bardziej jak "Lekberj", a imię Kerstin z Dzieci z Bullerbyn brzmi raczej jak Siasztin, a Szwedzi wciągają powietrze, mówiąc 'tak' i robią przy tym 'pszuuuu'. To ten okres, kiedy w rozmowie ze znajoómymi co drugie zdanie masz ochotę zaczynać od "Bo wiecie, w szwedzkim..." - bo w toczącej się rozmowie wszystko się Wam kojarzy ze szwedzkimi ciekawostkami. A przecież język, którego się uczycie i kraj, który przez ten język poznajecie, są tak fascynujące, że przecież każdy musi się o tym dowiedzieć! Zdarzało mi się przypadkiem znaleźć na Facebooku posty, w których moi dawni kursanci emocjonowali się takimi odkryciami. Albo przypadkiem usłyszeć, jak studenci dzielą się na korytarzu takimi smaczkami, które właśnie wynieśli z zajęć.

Tak jakieś siedem albo może osiem lat temu
wyglądało moje zdjęcie profilowe w portalach społecznościowych -
 ze słownikiem języka szwedzkiego, żeby wszyscy widzieli.
No bo wiecie, w szwedzkim jest takie coś... ;)

I powiem Wam, niektórym to z czasem mija. Niektórym. Ja najwyraźniej wciąż zostałam na tym etapie. Po to piszę blog, dlatego powstała moja książka.


2. Kiedy programy, które są "grzeszną przyjemnością" okazują się ważnym materiałem edukacyjnym


Moi znajomi nie patrzą już dziwnie, kiedy przyłapują mnie na namiętnym oglądaniu Top Model (wiedzieliście, że w szwedzkiej edycji w jury była Izabella Scorupco?) czy Tro, hopp och kärlek, takiego jakby Pastor szuka żony. Z tego pierwszego programu wyciągałam wnioski na temat obecności angielskiego w potocznej, codziennej szwedczyźnie (np. Alla är så bitchiga mot mig! - piękny przykład połączenia angielskiego rzeczownika ze szwedzką końcówką przymiotnika!), w drugim programie zasłuchuję się w dialekcie Marka Levengooda. No i poznałam słowo "koloratka" (prästkrage). Przyznajcie, same walory edukacyjne! Z tych samych powodów regularnie śledzę szwedzkich youtuberów. Poza Clarą Henry, Clarę oglądam naprawdę dla przyjemności. Z chęcią co jakiś czas włączam szwedzkie teleturnieje, nawet mój mąż wciągnął się w På spåret, wyczekujemy właśnie nowego sezonu naszych ulubionych "pociążków". 



3. Kiedy bawi cię dosłowne tłumaczenie szwedzkich zwrotów na polski albo odmienianie szwedzkich słówek z polskimi końcówkami

To moim zdaniem dość irytujące momenty w nauce języka. W każdym razie na pewno dość irytujące dla otoczenia. W gronie innych uczących się to na pewno momenty dające dużo radości i śmiechu. No bo tak zabawnie jest opowiadać o jedzeniu "kanelbullarów", rozwiązywać "uppgifty", a przed egzaminami usiąść i "pluggować".  A do tego wszystkie "Weź to spokojnie" czy "Dziękuję za ostatnie". Żarty z języka, szczególnie kiedy uczymy się w grupie, to zdecydowanie jeden z TYCH potrzebnych MOMENTÓW!



4. Kiedy nieświadomie używasz nieistniejących polskich słów stworzonych na szwedzką modłę

Kolejnym z TYCH MOMENTÓW jest to, kiedy rożne urocze językowe pożyczki, dziwactwa  i szalone słowotwórstwo zdarzają się wam nieświadomie i przypadkowo. Do dziś z uśmiechem na ustach wspominam, że w czasie, kiedy pisałam dużo o złożeniach, niechcący przenosiłam te konstrukcje do polskiego. I dziwiłam się bardzo, kiedy rozmówcy nagle wybuchali śmiechem. I byłam szczerze zdumiona, że nie mówi się jednak "samochód pożarniczy" (brandbil, wóz strażacki), ani "hełm pracowniczy" (arbetshjälm, kask ochronny). No i nie ma też przymiotnika "zaimponowany" (imponerad, pod wrażeniem), choć bardzo by przecież pasował.


5. Kiedy przypadkiem czytasz polskie słowa ze szwedzką wymową

Przyznaję się śmiało, z uśmiechem pod nosem, zdarzyło mi się kiedyś, jadąc tramwajem na zajęcia ze szwedzkiego i powtarzając w myślach słówka na kolokwium, przeczytałam nazwę mijanej stacji benzynowej tak "ze szwedzka". I wyszedł mi Orlén, rymujący się prawie z Åhléns. Kilka razy usłyszałam też, że nawet jak mówię po polsku, wpada mi czasem to"brzęczące" szwedzkie "i". 


6. Kiedy po latach słuchasz piosenek po szwedzku i nagle rozumiesz ich teksty

To jeden z bardziej fascynujących TYCH MOMENTÓW! Jeden z tych, kiedy w przyjemny sposób odkrywamy swoje postępy. Jeszcze w liceum słuchałam często piosenek zespołu Kent. Kiedy śpiewałam sobie pod nosem, to raczej na takim poziomie jak robienie "keny keczułoki anułoki" ze Smooth Criminal Michaela Jacksona. Czy wyobrazicie sobie więc moje zdziwienie, kiedy po latach przypadkowo na jakiejś playliście zaplątało mi się Sundance Kid Kenta i odkryłam, że w refrenie nie ma zwykłego "la la lej", bo usłyszałam "hör du mig, hör du mig" (czy mnie słyszysz, czy mnie słyszysz)? Podobnym szokiem było też dla mnie odtworzenie Boten Anna Basshuntera - po latach, kiedy wybierałam utwór do listy letnich hitów, które nie chcą wyjść z głowy.



7. Kiedy zwracasz uwagę na błędy gramatyczne Szwedów

TEN MOMENT, kiedy przechodzą Cię ciarki nie tylko na "włanczać", "w każdym bądź razie" czy "dwutysięczny siedemnasty", ale i na błędy popełniane przez rodowitych użytkowników języka szwedzkiego. Ostatnio na przykład kilka razy "przyłapałam" Therese Lindgren na używaniu vart (dokąd) zamiast var (gdzie). Therese zaczęłam za to regularnie śledzić, odkąd w jednym z filmików o jedzeniu ciągle się poprawiała i zastanawiała nad rodzajnikami słówek i ich formą określoną. No skoro Szwedzi się wahają, to mnie tym bardziej wolno!

8. Kiedy w Polsce ukazuje się przekład, a ty już dawno czytałeś książkę w oryginale

TO UCZUCIE, kiedy polskie wydawnictwa promują książki szwedzkich autorów, a ty już dawno masz je za sobą! Miałam tak kilka razy, między innymi z Nikt mnie nie ma (Mig äger ingen) Åsy Lindenborg, o której na studiach przygotowywałam prezentację, na blogu zdążyłam opowiedzieć o filmie, a która dopiero w tym roku wyszła w polskim przekładzie. Kilka razy zdarzyło mi się tak i z nowszymi książkami: Ekspedycja, Przeklęty prom. Teraz czekam na polskie wydanie poradnika dla dziewcząt Ja, jag har mens, hurså (dosł. Tak, mam okres, a co?) Clary Henry, bo lubię jej poczucie humoru i myślę, że doceniam jej walkę z tematem tabu.





9. Kiedy czytając przekłady, wyobrażasz sobie, jak zdanie mogło brzmieć po szwedzku

W moim przypadku działa to nawet w dwie strony: kiedy czytam szwedzkie książki, łapię się na tym, że zastanawiam się, jak pewne konstrukcje można byłoby przełożyć na polski, a kiedy czytam przekłady, odruchowo zastanawiam się, co kryło się w oryginale. Trochę, jakbym podczas czytania wciąż rozwiązywała testy gramatyczne z poleceniem "Przetłumacz". TEN MOMENT może wydawać się niebezpiecznym skrzywieniem, ale wierzcie mi, nie zabija czytania, a czasem prowadzi do ciekawych odkryć. I jaką można mieć satysfakcję, kiedy okaże się, że tłumacz wybrał to rozwiązanie, na które wpadliśmy w myślach ;)


10. Kiedy na spotkaniu autorskim można zaskoczyć pisarza albo dostać buziaka po koncercie

Nieustannie mam wrażenie, że Szwedów cały czas dziwi, że mieszkańcy innych krajów, szczególnie tych wielomilionowych, mogą przejawiać zainteresowanie uczeniem się ich języka, którym jako ojczystym posługuje się przecież ledwie jakieś dziewięć milionów osób. Bywają zaskoczeni do tego stopnia, że kiedy poprosiłam po szwedzku o autograf i możliwość zrobienia sobie zdjęcia z muzykami jednego z moich ulubionych zespołów post-rockowych podczas ich trasy w Polsce, zasłużyłam sobie na… spontanicznego buziaka. A ilekroć spotykałam w Polsce szwedzkich autorów na spotkaniach z fanami, zaczynanie rozmowy po szwedzku nigdy nie oznaczało krótkiej konwersacji. TEN MOMENT to zaskoczona mina, a potem wciąganie we wcale niekrótką rozmowę - zazwyczaj na tematy językowe. Z Monsem Kallentoftem w Warszawie miałam okazję porozmawiać chwilę o tym, co dla Polaków może być trudne w uczeniu się szwedzkiego.

Tak czekam jako następna w kolejce po autograf
i  rozmowę z Monsem Kallentoftem,
źródło


A jakie są TE WASZE MOMENTY związane z nauką szwedzkiego?

08 listopada 2017

1947. Świat zaczyna się teraz


Wspomnienia przeciekają przez pokolenia. Stalaktyty tęsknoty.

Od zakończenia drugiej wojny światowej na całym świecie rozbrzmiewają echem słowa "Nigdy więcej". Jak wygląda świat dwa lata później? Rok 1947, pozornie nieistotny, jakby wciąż ujmowany w nawiasy różnych ram czasowych, okazuje się obfitować w wiele wydarzeń, które odcisnęły swoje piętno także i na naszej współczesności.

Elisabeth Åsbrink ze skrawków historii, biografii, z wydarzeń ze świata polityki i kultury, wspomnień zwykłych ludzi tworzy niezwykłą mozaikę, układającą się w portret 1947 roku, od stycznia do grudnia. Christian Dior przeprowadza rewolucję w modzie dzięki swojej kolekcji The New Look - marzy o wąskich taliach, zamyka kobiety w gorsetach. Tysiące kobiet, konduktorek z londyńskich autobusów i tramwajów, traci pracę, gdy po wojnie wracają mężczyźni. Simone de Beauvoir jest zakochana bez pamięci, zaczyna pisać "Drugą płeć", która zyska miano feministycznej biblii. Nad najważniejszą książką w twórczości pracuje też George Orwell. Grace Hopper próbuje "rozmawiać" z komputerami. W Górach Kaskadowych ktoś widział latające spodki. Nowy Jork rozbrzmiewa bebopem Theloniousa Monka, Hollywood swinguje z Billie Holiday. W Szwecji powstaje pierwszy sklep H&M, a Per Engdahl tworzy sieć powiązań ruchów nazistowskich, toruje drogę dla prawicowego ekstremizmu w Europie. W Egipcie Hasan al-Banna budzi do życia słowo dżihad. Rafał Lemkin mówi o pojęciu ludobójstwa. Dopiero trwają prace nad Powszechną Deklaracją Praw Człowieka. Wielka Brytania zrzeka się odpowiedzialności za Palestynę.  Wycofuje się z Indii. W kalejdoskopie u Åsbrink migoczą jeszcze sylwetki między innymi Nelly Sachs, Paula Celana, Harry'ego Trumana, Mahatmy Gandhiego i Michaiła Kałasznikowa. A wśród nich dziesięcioletni chłopiec, Joszéf. Póki co przed nim najważniejszy wybór jego życia, a na jego decyzji zaważą węgierskie kiełbasy. Gdy będzie dorosły, trafi do Szwecji. Elisabeth Åsbrink to jego córka.


Åsbrink, dziennikarka i pisarka, była kilkukrotnie nominowana do Nagrody Augusta, najważniejszej szwedzkiej nagrody literackiej. Nagrodę otrzymała za "W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa", za tę książkę została też wyróżniona w Polsce Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego. Jeśli czytaliście ten reportaż, pewnie rozpoznacie otwierającą go scenę, do której autorka wraca i w "1947":

Kiedy 19 marca 1944 roku rozpoczęła się niemiecka okupacja Węgier, chłopiec, który będzie moim ojcem, miał osiem lat i już był bez ojca. Ledwo zaczął szkołę, a już musiał ją przerwać, bo był Żydem. Ani jego matka, ani ojciec nie byli wierzący, dopiero w wieku pięciu lat odniósł to słowo do siebie. Kiedy bawił się na dworze, minął go jakiś nieznajomy i nazwał „parszywym Żydem”. Chłopiec poszedł zapytać matki, co to znaczy „Żyd”. Lilly wyjaśniła prosto: „Istnieją dwa rodzaje ludzi, dobrzy i źli. Tylko to ma znaczenie”.

"1947. Świat zaczyna się teraz" daje kolejny dowód, jak autorka pięknie potrafi łączyć dziennikarską rzetelność w relacjonowaniu zdarzeń i wrażliwość w ich komentowaniu, jak płynnie potrafi prowadzić czytelnika przez ułamki różnych historii, skłaniając do spojrzenia z szerszej perspektywy. Budzi emocje, przedstawiając rolę kolejnych przywoływanych postaci w kształtowaniu losów świata, ale najbardziej poruszająco pisze o tych, których na tym świecie zabrakło.

Przez całą książkę przewijają się metafory dotyczące czasu. Czas zaklęty we wskazówkach, sprężynach, kołach zębatych, w godzinach, w zegarkach, które ktoś dostaje w prezencie, które komuś zostają ukradzione. Czas też może zostać skradziony. 

Teraz, po zakończeniu wojny, wszyscy szukają zegarków – kradną je, ukrywają, zapominają albo gubią. Czas jest niepewny. Kiedy w Berlinie jest ósma wieczorem, w Dreźnie jest siódma, ale w Bremie dziewiąta. Rosyjski czas w rosyjskiej strefie, podczas gdy Brytyjczycy wprowadzili czas letni w swojej części Niemiec. Kiedy pada pytanie o godzinę, większość odpowiada, że nie ma. To znaczy zegarka. A może chodzi o czas?

Miałam przyjemność tłumaczyć tę książkę. Nie raz podczas lektury zatrzymywałam się przy fragmentach, których nie sposób wręcz nie porównywać do tego, co dzieje się dzisiaj. Nie raz wydawało mi się, że dzięki tej książce da się lepiej zrozumieć teraźniejszość, by za chwilę stwierdzić, że takiego świata nie da się chyba zrozumieć. Czasem otwierałam oczy ze zdumienia. Czasem miałam ochotę zacisnąć mocno oczy, bo pewne słowa sprawiały wręcz ból. "1947" bez wątpienia robi wrażenie. Zostaje w pamięci i zostaje w myślach. Warto poświęcić uwagę takiej mądrej lekturze.

Może to nie rok chcę zebrać. Zbieranie dotyczy mnie samej. To nie czas trzeba zebrać w całość, tylko mnie i ten roztrzaskany na kawałki smutek, który ciągle rośnie. Smutek z powodu przemocy, wstyd z powodu przemocy, smutek z powodu wstydu.

Elisabeth Åsbrink 1947. Świat zaczyna się teraz (1947
Wydawnictwo Poznańskie 
2017 
tłum. Natalia Kołaczek

25 października 2017

Sekretne życie szwedzkich nazw zwierząt

Zauważyliście, jak ostatnio popularne stały się książki poświęcone przyrodzie? Chyba coraz bardziej lubimy przyglądać się naturze, podglądać ją i odkrywać sekrety zwierząt. Swoim dzisiejszym postem może trochę wpiszę się w te trendy, ale od językowej strony. A jest ku temu świetna okazja - kolejna edycja akcji "W 80 blogów dookoła świata", tym razem poświęcona zwierzętom właśnie. A z rysunkami do tego wpisu znów pomogła mi Aga.



Lubię złożenia (sammansättningar). Podoba mi się w szwedzkim słowotwórstwie, że jednym dłuższym słowem da się dość precyzyjnie wyrazić to, do czego my w polszczyźnie potrzebujemy kilku, zarówno jeśli chodzi o znaczenie dosłowne, konkretne, jak i to metaforyczne: krokodiltårar to krokodyle łzy (en krokodil + en tår, łza), hästsvans to koński ogon (en häst, koń + en svans, ogon), gåshud - gęsia skórka (en gås, gęś + [en] hud, skóra), hönshjärna - ptasi móżdżek ([ett] höns, drób + en hjärna, mózg), a björnkram to taki intensywny uścisk, taki "misiek" (en björn, niedźwiedź + en kram, uścisk).

Wiele nazw zwierząt po szwedzku to właśnie złożenia. Jättepanda to panda wielka (człon jätte- w złożeniach to właśnie 'wielki' albo 'bardzo'), isbjörn to niedźwiedź polarny (od słów is, lód, i björn, niedźwiedź), a wąż zbożowy to majsorm (dosłownie to właściwie wąż kukurydziany). Jest jednak sporo takich nazw zwierząt, które po dosłownym przetłumaczeniu części złożenia wydają się zabawne, zaskakujące, a czasem kompletnie szalone. Przygotowałam dziś dla Was siedem takich przykładów.





vildsvin
dosł. dzika świnia
DZIK

"Dzik jest dziki, dzik jest zły...", dzik jest dziką świnią! Co właściwie się zgadza, bo świnia domowa jest udomowioną formą dzika. Podobno w polszczyźnie kiedyś dziki też nazywano "dziwymi wieprzami", później dzikimi wieprzami, aż w końcu stały się po prostu dzikami.


tvättbjörn
dosł. niedźwiedź pracz
SZOP PRACZ

Potoczne nazwy gatunkowe tego zwierzęcia i po polsku, i po szwedzku zwracają uwagę na jego charakterystyczne zachowanie. Jednak w po szwedzku szop okazuje się nie szopem, ale... niedźwiedziem. A to dlatego, że rodzina szopowatych to halvbjörnar, dosłownie półniedźwiedzie.


flodhäst
dosł. rzeczny koń
HIPOPOTAM

Hipopotam to koń? Ciekawe, z której strony! Jeszcze śmieszniej robi się, kiedy dowiemy się, że samiec hipopotama nazywany jest bykiem, samica krową a młode cielakiem! A tak naprawdę, kiedy przyjrzymy się słowu 'hipopotam', okazuje się, że i my nazywamy to zwierzę rzecznym koniem, bo nazwę zaczerpnęliśmy z języka greckiego, gdzie hippos znaczy konia, a potamos rzekę.





murmeldjur
dosł. mamroczące zwierzę?
ŚWISTAK


Jak robi kot, pies, kogut - wiadomo. Ale jak robi świstak? Kiedy próbowałam znaleźć odpowiednie nagranie na YouTube, najwięcej wyników było fragmentami programu BBC "Talking animals"... Nie mogę się powstrzymać i muszę Wam tu podrzucić ten filmik:



Podobno szwedzka nazwa murmeldjur, która aż prosi się, by przetłumaczyć ją jako "mamroczące zwierzę", nie wywodzi się właściwie od czasownika murmla, mamrotać, ale należałoby ją sprowadzić do staro-wysoko-niemieckiego murmunto, a to zaś do łacińskiego mus montis, czyli górska mysz. 


späckhuggare
dosł. wyrywacz sadła
ORKA


Najbardziej makabryczny z wybranych przeze mnie przykładów. Polska nazwa orki wiąże się z łacińskim nazewnictwem, podczas gdy szwedzka rzekomo pochodzi od zachowania tych zwierząt. Atakują one inne walenie, na przykład te pochwycone przez wielorybników, by dobrać się do ich tłuszczu, odrywają kawałki ich ciała. Brrr.


sköldpadda
dosł. ropucha tarczowniczka
ŻÓŁW


Jeśli oglądaliście serial "Wikingowie", pewnie kojarzycie tarczowniczkę (ang. shieldmaiden, szw. sköldmö) Lagerthę. Szwedzkie słowo na żółwia dosłownie oznacza uzbrojoną ropuchę, ropuchę w zbroi, którą ja wyobrażam sobie jako taką ropuchę tarczowniczkę (podobnie zresztą zbudowane są słowa na żółwia w niemieckim i niderlandzkim).


nyckelpiga
dosł. dziewczyna z kluczami
BIEDRONKA


Biedronki w różnych językach są związane z niebem i... Maryją: boża krówka, ladybird,  ladybug, Marienkäfer. W wielu kulturach są też symbolem szczęścia. Szwedzka biedronka to "dziewczyna z kluczami" - według tradycji Maryja miała mieć klucze do Królestwa Niebieskiego. Maryjne skojarzenia budzi też siedem kropek na plecach biedronki siedmiokropki.


Nie zapomnijcie zajrzeć do innych blogerów, którzy przygotowali dla Was wpisy w tej odsłonie akcji. Dotyczą one zwierząt z perspektywy następujących języków:


angielski:
chiński:

fiński:

francuski:

gruziński:

hiszpański:

japoński:

kirgiski:

niemiecki:

norweski:

rosyjski:

słowacki:

turecki:


25 września 2017

Szwedzkie legendy miejskie przyprawiające o dreszcze

Przyszła jesień - na zewnątrz coraz wcześniej robi się ciemno i coraz częściej pada. Wydaje mi się, że taki czas doskonale pasuje do wsłuchiwania się i wczytywania w różne opowieści, a te, które zazwyczaj potrafią przyprawić o dreszcze, teraz działają na nas jeszcze bardziej. Wrześniową edycję akcji "W 80 blogów dookoła świata" poświęcamy w tym roku legendom miejskim, nieprawdopodobnym historiom (które z pozoru jednak wydają się prawdopodobne, bo często opowiadane są przez "znajomych znajomego"). Czasem są zabawne, czasem zastanawiające, a czasem naprawdę makabryczne! Które z nich wybrali dla Was blogerzy kulturowo-językowi? Listę linków do pozostałych tekstów w akcji jak zawsze znajdziecie na końcu wpisu. A ja zapraszam Was na szwedzkie opowieści tego rodzaju - w Szwecji określane jako skrönor, urbana myter, urbana legender czy vandringssägen.





Krzyki na kampusie - Flogstavrålet


Uppsala to miasto akademickie w środkowo-wschodniej Szwecji. Na przedmieściach, we Flogsta, mieszkają głównie studenci. Kiedy wybija dwudziesta druga, z okien, balkonów i dachów rozlegają się krzyki i wycia. Wystarczają, by zmrozić krew tym, którzy nie znają tego "zwyczaju". Flogstavrålet, wycie z Flogsta, obrosło już legendą. Nie wiadomo już do końca skąd się naprawdę wzięło. Jedni twierdzą, że w ten sposób studenci dają upust swoim emocjom, pozbywają się stresów i napięć, których przysparzają im nauka i egzaminy, a jednocześnie poprzez odwzajemniane okrzyki budują poczucie wspólnoty. Inni przekazują informację, że z początku (w latach 70.) wrzaski miały upamiętnić studenta, który popełnił samobójstwo, z krzykiem skacząc w nocy z okna... 
Tak jak to bywa w przypadku często powtarzanych miejskich legend, coraz więcej miejsc rości sobie do nich prawo. Wrzaski usłyszeć też można na kampusie w Lund (Delphivrålet) i w Sztokholmie (Lappkärrsskriket), codziennie lub w jeden dzień w tygodniu.





Błędne ogniki - Marteboljuset


Okolice Martebo na Gotlandii przyciągają miłośników nadprzyrodzonych zjawisk. Od początku dwudziestego wieku zdarza się tam widzieć błędne ogniki nazywane światłem z Martebo, Marteboljuset. Opisywane jest jako unosząca się nad ziemią i "płynąca" wzdłuż drogi świetlista, czerwonawa kula. Niektórzy mówią, że kiedy pojawia się światło, kompasy zaczynają wariować, a zwierzęta robią się niespokojne. Inni słyszeli metaliczne odgłosy. 
Próby wyjaśnienia pochodzenia światła bywały różne - małe wyładowania elektryczne, samozapłon gazów z gnijących roślin i szczątków zwierząt, reflektory samochodów widziane z odległości? Sprawą zainteresowała się szwedzka organizacja zajmująca się ufologią. Wiele doniesień o pojawianiu się światła i towarzyszących mu zjawiskach okazało się trudnych do wyjaśnienia.






Pociąg-widmo do stacji Kymlinge - Silverpilen


Sztokholmskie metro to nie tylko najdłuższa galeria sztuki na świecie. Ma też swoje mroczne tajemnice. I swoją stację-widmo - a raczej stację, której po wybudowaniu po prostu nigdy nie oddano do użytku, Kymlinge. Na tej stacji, według miejskich legend, zatrzymują się aluminiowe wagony pociągu typu C5, Silverpilen (srebrnej strzały), tak różne od niebieskich pociągów kojarzących się ze sztokholmskim metrem. Na stacji Kymlinge podobno wysiadają tylko zmarli...


21 września 2017

Podobni ale fałszywi! Polsko-szwedzcy fałszywi przyjaciele tłumacza - Miesiąc Języków

Czy Szwed i Polak trzymają te same rzeczy w portfelu i w neseserze? Jak nie pogubić się w terminach? I dlaczego szwedzkie ciastko może wydawać się Polakom niesmaczne? I skąd w ogóle przyszły mi do głowy takie pytania?

Za tym wszystkim stoją fałszywi przyjaciele (szw. falska vänner) - pary wyrazów, które brzmią lub wyglądają podobnie w różnych językach, ale znaczą coś innego, często ZUPEŁNIE innego. Bardzo łatwo przez nie wpaść w pułapkę i popełnić jakąś towarzyską lub zawodową gafę. Kilku takich fałszywych przyjaciół prezentowałam już w cyklu "Językowy smaczek tygodnia" - pojawił się wtedy kujon, który z nauką ma niewiele wspólnego, i konkurs, który w swoim szwedzkim znaczeniu odnosi się do porażki. 

Przed fałszywymi przyjaciółmi często się ostrzega, a nawet wręcz nimi straszy. Ja natomiast uważam, że te pozorne podobieństwa mogą pomóc nam w wymyśleniu skojarzeń lub historyjek, które raczej pomogą nam w ich zapamiętaniu. Na dziś wybrałam kilkanaście przykładów, o których z doświadczenia wiem, że zaskakują, bawią, robią zamieszanie lub mogą wydawać się złośliwe. Rysunki do wpisu wykonała Aga - mam nadzieję, że pomogą Wam w zapamiętaniu różnic między podobnymi do siebie słowami!

KRUK



Potraficie odróżnić od siebie kruka, gawrona, wronę i kawkę? Ja już się nauczyłam, ale wiem też, że dla wielu osób to właściwie jedno i to samo zwierzę. Zanim zaczniemy zastanawiać się nad nazwami ptaków ich etymologią, uprzedzam: szwedzkie słowo kruka nie ma z latającymi stworzeniami nic wspólnego. To doniczka.

Z krukowatymi jest tak, że ich nazwy są dźwiękonaśladowcze, a więc stoi za nimi krakanie (podobno w dawnej polszczyźnie istniało krukanie). Z tym że po szwedzku za krakanie na "kra" odpowiada wrona - kråka, podobnie brzmi też gawron - råka. Szwedzki kruk to korp, niezwykle zresztą niepodobny do duńskiego i norweskiego ravn, islandzkiego hrafn czy nawet niemieckiego Rabe albo angielskiego raven. 



PORTFEL



Co trzymacie w portfelu? Monety, banknoty, kartę płatniczą? Może i dowód osobisty i bilety, a czasem stare paragony albo zdjęcie ukochanego albo dzieci? Ja ostatnio widziałam, że Szwedzi najczęściej przechowują wszystkie te rzeczy w otwieranych etui na telefon, nie zmienia to jednak faktu, że po szwedzku portfel to plånbok (potocznie mówi się czasem plåska lub plånka - taką nazwę nosi zresztą popularny producent etui na karty i bilety). Słowo portfölj oznacza natomiast aktówkę, neseser albo tekę (w języku szwedzkim istnieje też pojęcie minister utan portfölj - minister bez teki). 


NESESER



Jak już mówimy o teczkach różnego rodzaju: torba na dokumenty, którą my nazywamy aktówką czy neseserem, to właśnie portfölj albo attachéväska, tak zwana dyplomatka. Tu na boku ciekawostka, niezbyt pewnie przyjemna: zdarza się, że plastikowe reklamówki w Szwecji wciąż nazywa się potocznie polsk attachéväska, polską aktówką - tak najwyraźniej zapamiętano  sobie emigrantów z Polski w latach 70. i 80. (więcej o tym przeczytacie na blogu hemma hos Johanssons). Ale ja właściwie nie o tym chciałam. Bo ciekawe jest to, że szwedzki necessär to... kosmetyczka. Choć zdarza się, że gdy widzę panie, które na wakacje pakują swoje suszarki, prostownice i kremy na każdą okazję, myślę sobie, że rzeczywiście przydałby się im neseser.


SLIPY

Polacy noszą slipy na pupie, a Szwedzi... na szyi. No, może nie naprawdę. Ale to zdanie pomaga zapamiętać, że szwedzkie słowo slips oznacza krawat i jest zapożyczeniem od niemieckiego Schlips.


TAK



Wygląda (nie brzmi) jak nasze wyrażanie potwierdzenia, ale po szwedzku oznacza albo sufit albo dach. Albo-albo, bo nie ma na to dwóch osobnych słów, tak samo jak na ołówek i długopis, można najwyżej doprecyzować czy chodzi nam o "tak" zewnętrzne, yttertak, a więc dach, czy "wewnętrzne", innertak, czyli sufit. To, co brzmieniem może bardziej przypominać nasze potakiwanie, to szwedzkie "dziękuję", czyli tack.



TACKA


No właśnie, jak już mówiliśmy o dziękowaniu, to czasownik "dziękować", tacka wygląda dokładnie tak jak naczynie do przenoszenia dań.


SEMESTR, TERMIN i DATA



No dobrze, teraz trzymajcie się mocno, bo przed nami cały łańcuch fałszywych przyjaciół! Może pamiętacie już, że semestr, który nam kojarzy się z okresem nauki i ciężkiej pracy, dla Szwedów oznacza labę - semester to wakacje, ferie, urlop. O tym, jak to możliwie, a więc o tym, jak semester zaczęło w tym znaczeniu funkcjonować w języku, pisałam Wam w tekście o wakacjach. Jak w takim razie po szwedzku nazywają się części roku szkolnego albo akademickiego? To termin - semestry zimowy i letni to odpowiednio hösttermin i vårtermin (czyli tak naprawdę jesienny i wiosenny). No dobrze, a w takim razie jak przetłumaczyć termin w znaczeniu wizyty u jakiegoś specjalisty? Wtedy najczęściej używa się słowa tid, które dosłownie znaczy czas. Można na przykład zarezerwować termin u lekarza - boka tid hos läkare.

Uważajcie też na daty! Data jako oznaczenie dnia i miesiąca, to po szwedzku datum (np. Vad är det för datum idag? - Jaka jest dzisiaj data?). Słowo data w języku szwedzkim może być formą mnogą od tego właśnie datum, ale jako niepoliczalny rzeczownik oznacza dane, informacje.


KAKA



No dobrze, na koniec przechodzimy do słowa, którego właściwie nie ma w słowniku języka polskiego, ale które na pewno na pewnym etapie poznają dzieci (i wtedy przypominają sobie o nim rodzice). Szwedzkie słowo kaka nie tylko wymawia się inaczej niż dziecięce określenie na kupę, ale znaczy też coś zupełnie innego! Bo to ciasto albo ciastko - np. chokladkaka to ciasto czekoladowe a pepparkakor to pierniczki.

_______________________________



Wpis jest moim wkładem w celebrowanie września jako Miesiąca Języków, a konkretnie trzeciej edycji tej akcji organizowanej przez grupę Blogi językowe i kulturowe. Przez cały miesiąc na różnych blogach ukazują się wpisy poświęcone podobieństwom między językiem polskim a językami obcymi lub między Polską a innymi krajami. Dla przykładu, wczoraj Ola z Englishake pisała o czasach w języku angielskim i podobnych konstrukcjach w polszczyźnie, a jutro Justyna z bloga Daj Słowo zaprezentuje Wam idiomy polsko-angielsko-rosyjskie. Mój tekst o języku szwedzkim to nie jedyny wpis poświęcony Szwecji - zajrzyjcie jeszcze do Wojtka z Polskiego gadania o szwedzkich rzeczach i poczytajcie o (nie)porozumieniach między typowym Januszem a typowym Svenem.



Pełny harmonogram akcji dostępny jest TUTAJ. Jeśli spodobał się Wam nasz pomysł, chcecie poszukać z nami podobieństw językowych i kulturowych na wielu płaszczyznach, zajrzyjcie do spisu, zapoznajcie się z gotowymi tekstami i zapiszcie w kalendarzu, na które wpisy jeszcze czekacie. Możecie jeszcze dołączyć do naszego wydarzenia na Facebooku.

W całym przedsięwzięciu medialnie wspiera nas portal językowy bab.la.






Przeczytajcie też na Szwecjoblogu:

07 września 2017

Lagom - szwedzka sztuka życia

Wydawane ostatnio książki o skandynawskim szczęściu i skandynawskiej (a nawet polskiej!) sztuce życia (klik!) są do siebie podobne - podobny format, sztywna okładka i dość sztywny papier, kartki pełne ilustracji, zdjęć, wykresów, infografik, ramek z faktami, ważnymi cytatami z tekstu wydrukowanymi raz jeszcze ale większą czcionką. Hygge, które od zeszłego roku pojawia się wszędzie w rozmaitych kontekstach, tak że - jak to się mówi - niedługo strach będzie otworzyć lodówkę, zniechęciło niektórych do szukania szczęścia wśród mieszkańców Północy, którym w zasadzie chyba tylko świece i koce w głowie. Wciąż zastanawiam się, jak "hyggemania" wpłynęła na obraz Skandynawii w ogóle. Byłam więc dość sceptycznie nastawiona do poradnika na podobną modłę, tyle że w duchu szwedzkim, nie duńskim. Tym bardziej, że już wcześniej spotykałam się z nazywaniem lagom trendem i to w dziedzinach, w których kompletnie się tego nie spodziewałam.



Nie wiem, czy mogę powiedzieć, że sama "czuję", o co chodzi z tym całym lagom. Poznałam to słowo po prostu jako... słowo. Kiedy ktoś w restauracji zamawiał lagom stark danie (czyli średnio ostre) albo kiedy dyskutowało się o tym, że egzaminy powinny być ułożone på en lagom nivå, na średnim poziomie, nie za wysokim, nie za niskim. Czyli, jak widzicie, zero "filozofii", "sekretu życia" czy "etosu". Oczywiście, nie raz prowadziło się wokół lagom językoznawcze debaty o (nie)przetłumaczalności i czytało się, że Szwecja to takie landet lagom, kraj lagom, co łączono z prawem Jante i ideałami tolerancji, demokracji i równouprawnienia, hasłami ważnymi współcześnie dla tego kraju. O landet lagom niektórzy znajomi wypowiadali się też raczej z przekąsem, a i z telewizyjnej ankiety sprzed kilku lat wynika, że nie wszyscy Szwedzi reagują na to hasło hurraoptymistycznie. Tymczasem w tym roku, Elle i Vogue okrzyknęły lagom nowym buzzwordem, trendem, no ogólnie: jest hype na lagom.

Książka Linnei Dunne ładnie się w ten hype wpisuje i jest ładnie wydana. Ze spójnymi ilustracjami w odcieniach natury, odwołująca się do kwestii ważnych i codziennych: życie prywatne i zawodowe, jedzenie, styl, zdrowie, relacje międzyludzkie, środowisko i szczęście. Odnoszę wrażenie, że powinno się ją oceniać osobno, w dwóch różnych kategoriach, jakby były dwiema osobnymi pozycjami, z innych półek.

Lagom. Szwedzką sztukę życia można odebrać jako superprzyjemną książkę o urokach szwedzkiego życia. Zdjęcia i grafiki są trochę jak z folderu z biura turystycznego albo katalogu IKEA, z uśmiechniętymi rodzinami i pracownikami. Podobał mi się cytat z początku książki, który wydawał mi się zapowiedzią dystansu do tematu, szwedzką autoironią:

"Może i Szwedzi nie są najszczęśliwszym narodem na świecie, ale nieodmiennie plasują się w górnej dziesiątce najróżniejszych rankingów zadowolenia. Oto koronny przykład szczęścia w stylu lagom - umiarkowania, a nie euforii i uniesienia, a już zdecydowanie nie samozadowolenia."

Uśmiechnęłam się szeroko, kiedy autorka jako jedną ze swoich inspiracji przywołuje postać Jonasa Gardella. Z Linneą Dunne mogłybyśmy sobie nawet przybić piątkę, bo tak skrupulatnie prezentuje ciekawe słowa - w książce znaleźli się nawet lattepappor, tatusiowie latte! Nie zabrakło oczywiście fragmentów o tym, co przyjemnie jest robić w Szwecji, a więc obowiązkowo fika, fredagsmys, lördagsgodis (choć piątkowe zajadanie się taco czy sobotnie wcinanie słodyczy z lagom mi się aż tak bardzo nie kojarzą)zakupy na loppis, a w sezonie uczty rakowe (kräftskivor) czy granie w kubb. Czyli wszystko, co tak mi bliskie i o co tak często sama jestem dopytywana. Autorka porusza też kwestię szwedzkiego work-life balance, fenomen zrzeszania się w społeczeństwie uznawanym za indywidualistów i frapujące obcokrajowców wspólne pranie. Jeśli podobała się Wam Nordicana Kajsy Kinselli, na pewno spodoba się Wam Lagom Linnei Dunne.

Dunne zapunktowała u mnie też opisem "ciemnych stron lagom", tu w książce jednoznacznie, w czarno-białym ujęciu, nazwanych mitami wokół lagom. Że niby gloryfikuje przeciętność. Że wprowadza policję obyczajową. Że potępia pewność siebie.

Z drugiej strony, warto pamiętać, że książka o lagom to wciąż lektura, którą można znaleźć na półkach oznaczonych etykietami "poradniki", "rozwój osobisty" czy "psychologia". W tych kategoriach wypada blado. Po pierwsze, nie do nie do końca rozumiem ideę zamieszczania przepisów kulinarnych w poradnikach tego typu. Po drugie, lagom, tak jak pisałam, dla mnie ma trochę inny wymiar, ale jeśli już ma urastać do rangi "filozofii" i "etosu" to trochę nie pasuje mi przykładanie ich do banalnych i często bardzo materialnych kwestii. Ale to może tylko moje odczucie. Oto wybrane cytaty z poradnikowej części, które pokazują, jak można wprowadzić lagom do swojego życia:
- "pamiętaj, żeby zawsze mieć w domu dużo świec",
- "szwedzkie tacos podnoszą samoobsługę do rangi sztuki",
- przejdź "na zieloną stronę mocy", a więc zostań wegetarianinem / weganinem, "choć trend wege nie jest wyłącznie szwedzki",
- "myśl piknikowo",
- "quiche dobrze pasuje do podejścia lagom",
- "uzupełnij stylizację prostym koczkiem, który kilka lat temu ochrzczono »kokiem Lykke Li«"
- "jedna ściana z kolorem albo tapetą jest akceptowalna, ale cały pokój to trochę za dużo. Jedna ściana jest lagom"
- "zacznij robić na drutach"
- "husvagnssemester - to najbardziej lagom urlop, jaki możesz sobie wyobrazić"
- "zgodnie z etosem lagom recycling nie powinien być trudny"

Inną rzeczą jest, że trochę smuci mnie, że potrzeba poradników, by dziś przypominać nam o prostych rzeczach, prostych przyjemnościach. Zgadzam się natomiast w stu procentach z pewnym zdaniem z książki, które podsumowuje tę całą lagom-filozofię: "Szczęście w sensie lagom nie polega na ekstremach". Prawda?



Linnea Dunne Lagom. Szwedzka sztuka życia (Lagom. The Swedish Art of Balanced Living)
Wydawnictwo Burda Publishing Polska
2017
tłum. Agata Trzcińska-Hildebrandt


Na koniec jeszcze fun fact. Pod koniec września wychodzi jeszcze jedna książka o lagom, innej autorki. Tym razem w Marginesach. Czy okładka Wam czegoś nie przypomina? ;)

źródło


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...